/ rodzicielstwo

Poród domowy - historia Mai i Grześka

Uwielbiam Boga za to, że pokazał nam, iż możemy prowadzić bloga. Gdyby nie to nie poznalibyśmy wielu fantastycznych ludzi. Jak choćby Maję i Jej Męża – Grzegorza. Ich niesamowita historia dotycząca porodu domowego może być dla wielu szokiem, dla nas jest dowodem na to, że Bóg prowadzi swoich ludzi różnymi drogami i to jest PRZEPIĘKNE.

Oto ich historia:

[Opisporodu domowego- Wrocław z Kasią]

Mam nareszcie czas by opisać Wam niezapomniany i przepiękny dzień z mojego życia! 29 sierpnia przyszła na świat nasza cudowna Weroniczka!

O 4 rano zbudziły mnie skurcze przepowiadające (ból w moim odczuciu troszkę silniejszy niż miesiączkowy- a bóle miesiączkowe miałam zazwyczaj bardzo delikatne). Stęknięciem obudziłam męża, któremu na pytanie ,,co się dzieje” odpowiedziałam: ,,Nie! Chyba! Nie wiem! Mam skurcze!” 🙂 byłam bardzo podekscytowana! Termin według ostatniej miesiączki miałam na 3 września, z owulacji 8 września-i raczej nie spodziewałam się, że zacznie się wcześniej! No nic -ale to tylko przepowiadające, czyli mogę urodzić dziś albo nawet za tydzień:) Zaczęłam obserwować ich częstotliwość oraz czas trwania i były co 10-20 min około 20-30 sek napięcia. Starałam się zasnąć, jednak zaraz o 6 wstałam i poszłam wziąć prysznic, ogarnąć mieszkanie itp. O 8 zadzwoniłam do położnej Kasi poinformować, że ,,coś jest na rzeczy” (skurcze wciąż były co 10-15 min). Na 10:00 umówieni byli do nas goście z naszej wspólnoty małżeństw na wspólne śniadanie i grupkę dzielenia. Po konsultacji z Kasią i z mężem postanowiliśmy, że nie odwołujemy spotkania! I to była bardzo dobra decyzja! O godzinie 10 przyszło do nas pięć małżeństw z trójką malutkich dzieci (od 4-9 mc). Siedziałam ze wszystkimi przy stole – jednak nie na krześle, a na piłce, na której cały czas skakałam co mnie rozluźniało i pomogło przyjmować skurcze,które wciąż przychodziły.

Muszę też opisać ważne wydarzenia z grupki dzielenia się. Jak to na takich spotkaniach bywa, czytaliśmy Słowo Boże. Gdy prowadzący podał jaki fragment jest do przeczytania (pierwszy odczytany na spotkaniu) ja byłam pierwsza otwierająca Pismo Św. i padło na mnie bym przeczytała, a tu: Tes 5,1-11 [Tes 5, 3-4 ,,Kiedy bowiem będą mówić: <<Pokój i bezpieczeństwo>> – tak niespodzianie przyjdzie na nich zagłada jak bóle na brzemienną, i nie umkną” Ale wy bracia, nie jesteście w ciemnościach, aby ów dzień miał was zaskoczyć jak złodziej.”] Miałam szeroki uśmiech na twarzy gdy to czytałam, zresztą jak wszyscy obecni… Od tej chwili zaczęło się rozkręcać…o godzinie 12:00 zorientowałam się że skurcze nabrały częstotliwości – co 5-7min około 40-50 sek napięcia. Od tego czasu notowałam ukradkiem godzinę i pokazywałam mężowi który robił coraz to większe oczy. Około godziny 13 zakończyliśmy spotkanie i o 13:30 wyszli ostatni goście. Zaczęłam z mężem sprzątać po spotkaniu, a skurcze były już coraz boleśniejsze i wyraźnie co 3-4 min 50-60 sekund napięcia, podczas którego mąż uciskał/masował mi kość krzyżową, bo do niej promieniowało. Zadzwoniliśmy więc do położnej Kasi by do nas przyjechała,bo ,,się rozkręca” coraz bardziej:D Poinformowaliśmy też naszą znajomą Anię Sochańską, która studiuje położnictwo i którą zaprosiliśmy, aby uczestniczyła w porodzie. W tym czasie cały czas byłam aktywna, skurcze coraz boleśniejsze – przyjmowałam już z lekkim sapaniem i postękiwaniem. Cały czas był przy mnie obecny mój mąż. Muszę powiedzieć że bardzo polecam zmiany pozycji co jakiś czas: to na piłce, to na klęcząco (na pufce fatty), to na stojąco zawieszona na mężu -i ,,tańcząc-kołysanie biodrami”. Sama nie miałam ochoty nic zmieniać ale zachęcał mnie do tego mąż (który tak jak ja był po super lekturze: ,,Urodzić razem i naturalnie” Ireny Chołuj, gdzie autorka zachęca do zmiany pozycji mimo że rodzącej się wydaje, że to tylko pogorszy stan.] I bardzo nie miałam ochoty wstawać z kucków by kołysać się/tańczyć z mężem ale RZECZYWIŚCIE GDY TYLKO ZMIENIŁAM POZYCJĘ TA OKAZYWAŁA SIĘ LEPSZĄ OD POPRZEDNIEJ (tylko dlatego że była inna). Około godziny 15 dojechała do nas Kasia, która gdy tylko zobaczyła mnie opartą o stół stwierdziła ,,Maja, Ty rzeczywiście rodzisz :):):) „. Zbadała mnie KTG, było prawidłowe więc odetchnęłam z ulgą (chwilę wcześniej mówiłam do męża ,,nie wiem czy jest wszystko w porządku z dzieckiem”, tak więc miałam pewien kryzys i lęk – mąż wtedy podotykał brzuszka i powiedział ,,Jest w jak najlepszym porządku”, co mnie uspokoiło). Kasia zaproponowała żebyśmy przeszli do sypialni i tam mnie zbadała…. „8 cm rozwarcia i widać czarną włochatą główkę!!” Aj!! Mąż się śmiał z rozczarowania na mojej twarzy gdy sobie uświadomiłam że przegapiłam 7cm i nie zdążyłam mu wygarnąć:P Kasia ustawiła nas w odpowiedniej pozycji do wstawiania się głowki- tu już przy skurczu wyraźnie pokrzykiwałam, za to przerwy były zbawienne, żartowaliśmy sobie z mężem, całowaliśmy się – Kasia nam nie przeszkadzała, była w tym czasie w salonie i przygotowywała się to finiszu. W tym czasie przyjechała też Ania, która była dla nas i Kasi dużym wsparciem (dodatkową parą rąk dla Kasi, dla nas ciepłą i wspierającą osobą). Gdy uczucie popierania główki stało się naprawdę wyraźne, przenieśliśmy się do salonu – początkowo byłam w kuckach, tyłem do męża siedzącego na kanapie, jednak Kasia szybko spostrzegła ze moje nogi tego nie wytrzymają (nie wyćwiczyłam ich odpowiednio) i zaproponowała bym zawiesiła się na szyi męża [KASIA NAM NIC NIE NARZUCAŁA, ZAWSZE MÓWIŁA -MAJA JAK CHCESZ, JAK MASZ CHĘĆ TO MOŻEMY TO I TO…] no i w tej pozycji finalnie przyszła na świat Weroniczka! Ostatecznie wyszła na 1-2 skurcze cała-bo trochę spanikowałam i mimo że Kasia wołała ,,Maja nie przyj teraz”, a po lekturze P. Ireny również wiedziałam, że nie powinnam przeć, to gdy zobaczyłam 3 małe kropelki krwi na podkładzie to poparłam mocno i urodziliśmy! W tym momencie wykrzyczałam ,,Ale cudowne uczucie” -bo rzeczywiście takie było, gdy czułam główkę i ciałko przechodzące przez drogi rodne <3 i już po chwili miałam przy sobie naszą córeczkę! Była godzina 17:25.

Pępowina tętniła, przecięliśmy ją po około 15-20min. W tym czasie Ania pokazała nam jak poprawnie przystawiać Weroniczkę do piersi. Czułam dalej skurcze, jednak łożysko nie chciało wychodzić. Po 50 min Kasia postanowiła że trzeba zacewnikować, chociaż ja byłam przekonana, że nie chce mi się sikać. Okazało się, że rzeczywiście pełny pęcherz blokował łożysko i tuż po zacewnikowaniu urodziłam całe łożysko. Malutka była w tym czasie na klacie męża:) Kasia następnie miała dokonać ,,oceny zniszczeń”- krocze zostało ochronione:) Potem mąż poszedł pomóc mi się umyć, a Weroniczka była mierzona i ważona. Położyliśmy się do łóżka, Ania wyszła nieco przed Kasią, Kasia też upewniła się kilka razy czy ma nas już zostawić:) Około godziny 20 zaczęliśmy informować rodzinę i znajomych o cudzie narodzin! To były przepiękne narodziny, wymarzone, spokojne, cudowne!

Czujemy się wszyscy bardzo dobrze, tak że nawet udało nam się w tą sobotę (7 doba) być na ślubie i weselu naszych przyjaciół (mój mąż był świadkiem, a pan młody będzie Ojcem Chrzestnym Weroniki). Córeczka przespała całą Mszę Św. potem pozwoliła rodzicom się dobrze bawić podczas Wesela, a sama spędzała czas w pokoju nad salą z babcią, a mamusia przychodziła ją karmić piersią – to również mamy już w pełni opanowane, łącznie z 2 dniowym nawałem który udało nam się opanować). Muszę spuentować ,,Chwała Panu” bo obydwoje z mężem czuliśmy że Bóg z nami w tym wszystkim jest i nam błogosławi!

  – Jako mąż Mai chciałbym dodać kilka uwag do powyższego opisu, bynajmniej nie dla tego, że mam inną wersję. Poród wyglądał faktycznie tak jak został opisany powyżej. Chciałbym jednak dodać kilka szczegółów z męskiego punktu widzenia. Przede wszystkim wiem, że było warto rodzić w domu. Czułem się swobodnie, dobrze współpracowało mi się z Kasią i Anią, dla których moja funkcja była ważna. Polecam też wszystkim książkę Ireny Chołuj „Urodzić razem i naturalnie”. Dzięki niej byłem zupełnie spokojny podczas porodu. Na każdym etapie wiedziałem co się dzieje, jak mogę pomóc żonie, co należy robić. Dla mnie jako matematyka-informatyka całość wyglądała jak doskonale działający algorytm, krok po kroku w swoim tempie organizm wykonywał kolejne skrypty, od pierwszych skurczy aż do laktacji. Mimo, że wcześniej widziałem tylko kilka porodów na Youtubie, to muszę przyznać, że podczas porodu Weroniczki nic mnie nie zaskoczyło. Wszystko była naturalne, piękne, prawidłowe. Nawet krew, plama po wodach płodowych, nagość i krzyki żony przy położnych było dla mnie estetyczne i piękne. Znajomi koledzy przed porodem próbowali przekonać mnie, że widok żony rodzącej łożysko jest tak obrzydliwy, że mężczyzna traci ochotę współmycia z nią. Po porodzie tym bardziej upieram się, że jest inaczej. Moja żona jedynie zyskała w moich oczach za swą odwagę, wytrwałość w bólu, siłę, zdeterminowanie i wiele innych. Uważam, że nie można być zbytnio obrzydliwym. Tak jak mechanik nie brzydzi się smaru, tak samo małżonkowie nie powinni brzydzić się płynów wypływających z ich ciał, a szczególnie podczas porodu, kiedy są to życiodajne wody. Z radością i ciekawością wziąłem swoje pierwsze, świeżo urodzone dziecko na ręce. Takie brudne i mokre. Pachniała bardzo ładnie – jak świeży karpik (mam nadzieję że też to nikogo nie brzydzi). Nie płakała, a jedynie wsłuchiwała się w bicie mojego serca. To jest wielkie szczęście. To jest szczęście, które z rzadka można doświadczyć w szpitalu. Żadna położna na mnie krzywo nie patrzyła, nikt nie popędzał. Urodziliśmy bezpiecznie, spokojnie, przy wykwalifikowanej położnej z ponad 20-letnim doświadczeniem. Chociaż moja rodzina uważa nas za lekkomyślnych i nieodpowiedzialnych, to zdania nie zmieniam. Poród domowy był najlepszym wyborem. Jedyny minus to koszt. Rozumiem jednak położną, która musi być dyspozycyjna, ma niepewny dochód (w razie komplikacji jedziemy do szpitala i płacimy jej połowę ceny lub nic w zależności od jej wkładu) i brak regularnych godzin pracy, jest ekspertką w swoim zawodzie, przyjechała raz przed porodem i kilka razy po na kontrolę. Warto odmówić sobie wakacji i zaoszczędzić, aby przeżyć ten wielki dar narodzin we własnym zaciszu.

Nie wiem jak Wy, ale ja się wzruszyłam. Myślę, że nie tylko za sprawą hormonów ciążowych, które coraz bardziej we mnie buzują. To CUD ŻYCIA! Tak się cieszę, że właśnie teraz, gdy oczekujemy (ja już coraz mniej cierpliwie) na Kubę to Maja podzieliła się ze mną tym doświadczeniem, a także pozwoliła udostępnić – być może ktoś z Was tego potrzebuje tak jak Przemek i ja. Słyszałam sporo o komplikacjach, o tym jak wszystko się zmieni i… SUPER! Już nie mogę się doczekać 🙂 przecież tego właśnie chcemy – być Rodziną, być ciągle w zmiennych warunkach, a nie usiąść na kanapie z pilotem w ręku i oceniać wszystko co się dzieje za szklaną szybą. Chcemy żyć i bierzemy to życie w CAŁOŚCI! Ufamy Bogu i modlimy się za każdą chwilę, która trwa. Także za Ciebie oraz za Maję, Grzesia, Weroniczkę i… ich Synka, który niebawem się urodzi 🙂

Poród domowy - historia Mai i Grześka
Share this