/ wiara

Moja Ekstremalna Droga Krzyżowa

Witajcie Kochani!

Troszeczkę czasu minęło od zakończenia akcji „Okryj się Słowem Bożym” i ostatniego wpisu w kategorii „Duchowość”. Jak wiecie zapewne, jesteśmy na ostatniej prostej, aby powitać Kubę na tym świecie, więc na brak nudy nie narzekamy. Jednak gdy w czasie dnia nie ma się praktycznie wolnej chwili, to zostaje jeszcze … noc 🙂 Dlatego też, chciałem wam dzisiaj przybliżyć moją pierwszą wyprawę w ramach „Ekstremalnej Drogi Krzyżowej”, którą odbyłem nieco ponad miesiąc temu, a dokładnie 7 kwietnia. Na początku muszę przyznać, że już kilka razy mój Brat proponował mi wspólną nocną wyprawę, jednak dopiero w tym roku (paradoksalnie mając najwięcej wymówek do wyboru) postanowiłem podjąć wyzwanie. Nasza trasa miała 40 km. Jej początek był w Żarkach, a finał wędrówki miał miejsce w Częstochowie na Jasnej Górze.

Szczerze mówiąc myślałem, że spokojnie pokonam tą trasę bez większych problemów. Dlaczego? Uważałem, że skoro regularnie ćwiczę na siłowni, do tego biegam i gram w piłkę, to przejście 40km (pomimo, że odległość ta robiła wrażenie) nie będzie większym problemem. Zanim jeszcze zdecydowaliśmy się na tą konkretnie trasę, proponowałem Bratu podobne trasy jeśli chodzi o długość, z tą drobną różnicą, że przebiegały one w zdecydowanej większości przez góry! Mówiłem wtedy, że skoro ma to być ekstremalne to niech naprawdę będzie, bo co to za sztuka przejść po płaskim 40km!? Brat miał już za sobą 3 wyprawy w ramach EDK i wiedział z doświadczenia, że to nie jest jednak takie proste. Ostrzegał mnie, że tak mi się tylko wydaje, jednak jakoś nie chciałem dać temu wszystkiemu wiary i upierałem się nadal przy górskiej trasie. Gdy Łukasz zdecydował, że on na pewno wybiera trasę Żarki-Częstochowa, Ja nadal się wahałem. Pewnie gdy sobie to czytasz możesz pomyśleć „rany, ale pycha” i wiesz co? To zdecydowanie była moja pycha i postawa w stylu „Ja nie dam rady?”. Ostatecznie jednak, jak już pisałem wcześniej, poszliśmy drogą Św. Pawła (tak nazywała się trasa z Żarek do Częstochowy). Tyle tytułem wstępu, a teraz ruszamy w drogę!

Gdy dotarliśmy pod kościół, w którym odbywała się Msza Święta w intencji wszystkich uczestników EDK, miało miejsce moje pierwsze (jak się oczywiście później okazało, nie ostatnie) zdziwienie. Widziałem około 200 ludzi i dotarło do mnie, że to nie są zawody, w których mogą uczestniczyć tylko osoby na co dzień trenujące. Widziałem ludzi, którzy przyszli w zwykłych dżinsach, z najzwyklejszym plecakiem, w obuwiu, które jest używane najpewniej każdego zwykłego dnia. Wtedy też zrozumiałem, że tutaj chodzi zupełnie o coś innego i było mi trochę głupio, że Ja podszedłem do tego stricte jako na wyzwanie fizyczne (stąd też pomysł gór). Po Mszy Św. ruszyliśmy na trasę, a pogoda tego późnego wieczoru była wręcz idealna do długich wędrówek i temperatura wynosiła około 2 (słownie:dwóch) stopni przy padającym deszczu! Ja natomiast byłem tak zaaferowany tym, że w końcu jesteśmy na trasie, że zupełnie zapomniałem o tym, że mam pelerynę przeciwdeszczową!!! Przypomniałem sobie o tym dopiero na trzeciej stacji gdy… byłem już cały   mokry! 🙂

Pierwsza część EDK minęła bardzo spokojnie i szybko. Praktycznie do VII (o ile dobrze pamiętam) stacji, zupełnie nie odczuwałem trudów wędrówki, a moje myśli biegały gdzieś, bez ładu i składu. Przy tej stacji był jedyny punkt, gdzie można było odpocząć w ciepłym pomieszczeniu, ewentualnie przebrać się, zjeść coś i napić się czegoś ciepłego, aby nabrać sił na dalszą wędrówkę. Jak się później okazało, to był dla mnie punkt przełomowy, mojej pierwszej EDK. Wówczas trasa zaczęła przebiegać przez las, w którym kilka kilometrów szliśmy po bardzo mokrym piasku. To był bardzo, bardzo męczące! Moje myśli natomiast, zaczęły się układać w jedną całość i niejako zamiast bardziej skupiać się na samej trasie (aspekt fizyczny), zacząłem bardziej skupiać się na swoim wnętrzu, wspomnieniach, swojej drodze życia, którą już przeszedłem, swoich porażkach, zwycięstwach, rolach, jakie aktualnie wypełniam, swojej drodze do Boga, małżeństwie, ojcostwie i wielu, wielu innych emocjach, które we mnie wówczas były. To było niesamowite, ponieważ na co dzień, nie myślisz o tym co robiłeś np w szkole podstawowej, albo jaki wpływ na Twoje życie miały konkretne osoby, a wtedy całkowicie moje myśli, były właśnie tym pochłonięte!

Gdy dotarliśmy w końcu do Częstochowy i stacji XI byliśmy naprawdę zmęczeni. W tym czasie doskonale zrozumiałem, co Łukasz miał na myśli mówiąc, że to wszystko łatwo się mówi, ale trasa weryfikuje. Wtedy dziękowałem Bogu, że moja pycha nie zaprowadziła mnie na trasę górską, ponieważ (i piszę to z pełnym przekonaniem) na 90% nie ukończyłbym tej trasy!! Nie wiem czy z każdego miejsca w Częstochowie widać Jasną Górę, ale my jak tylko weszliśmy do Częstochowy, widzieliśmy doskonale nasz punkt docelowy. Z jednej strony wiesz, że jesteś już na ostatnich czterech stacjach, ale z drugiej czujesz jednak ogromne zmęczenie, trudy wędrówki i wiesz, że koniec jest jeszcze bardzo daleko! Wiecie co sobie myślałem w tych najtrudniejszych chwilach? Mówiłem sobie *to co Ja przeżywam, to nic w porównaniu z tym, co wycierpiał Jezus na swojej drodze na Golgotę! *Wiedziałem, że moje zmęczenie i niedogodności są po prostu śmieszne przy tym, co przeżywał i czuł Jezus. Gdy tak myślałem, oczywiście mój ból, związany już z każdym kolejnym krokiem nie minął, natomiast myśl ta, pozwalała mi całkowicie oddać się modlitwie.

Nigdy nie zapomnę momentu, który miał miejsce przy XII stacji, która mieściła się przy kościele. Gdy tam dotarliśmy, byłem tak zmęczony, że nawet nie miałem ochoty czytać kolejnego rozważania. Pamiętam, że zrzuciłem plecak, oparłem ręce na kolanach i nie miałem siły nawet podnieść głowy. Gdy jednak to zrobiłem i podniosłem głowę, ujrzałem, że stoję przy ogromnym krzyżu, na którym wisi Jezus Chrystus i … oczy mi się zaszkliły. To był jeden z tych momentów, które pamięta się do końca życia! Paradoks polegał na tym, że jeszcze chwilę temu, chciałem jak najszybciej dojść do Jasną Górę i ukończyć EDK, a teraz nie miałem absolutnie ochoty się stamtąd ruszać i mógłbym tam stać godzinami! Niesamowite uczucie!

Gdy doszliśmy wreszcie na alejkę prowadzącą na Jasną Górę, wówczas miała miejsce … najzabawniejsza sytuacja podczas całej EDK. Spróbuj sobie wyobrazić uczestnika EDK, który na przedostatniej stacji, klęczy na jednym kolanie opierając się jednocześnie prawym bokiem o ławkę. Ma on na sobie czarną pelerynę przeciwdeszczową, a jej kaptur ma założony na głowę i przed sobą trzyma duży krzyż, który miał około metra wysokości (uczestnicy mieli ze sobą różnej wielkości krzyże). Tak więc, wyobraź sobie postać, której całkowicie nie widać, przez pelerynę, klęczącą z głową skierowaną w dół i wielkim krzyżem, na wprost Jasnej Góry. Gdy już sobie to wyobrazisz, to dodaj do tego obrazka młodego człowieka, który (najprawdopodobniej wracał z nocnej imprezy, dodam, że była 4.00 nad ranem), który dość luźnym krokiem, nagle spotyka na swojej drodze, uczestnika EDK w czarnej pelerynie. Widząc jego zdziwienie chciałem poznać jego myśli, które pewnie nie do końca były pewne, czy ta postać w pelerynie jest prawdziwa, czy też mu się to śni! Chłopak około 3-4 minut stał w miejscu i praktycznie się nie ruszał! Dopiero gdy uczestnik EDK skończył modlitwę i wstał, zauważył tego człowieka i … podszedł do niego. Nie wiem o czym rozmawiali, natomiast ten dialog trwał kilka ładnych minut. Potem zauważyliśmy, że wiele osób podchodziło do uczestników EDK pytając się co my tak właściwie robimy?!

Do ostatniej stacji dotarliśmy o 4.45. Gdy weszliśmy do środka, aby się pomodlić i podziękować za całą EDK, ledwo wstałem z kolan po modlitwie, a gdy usiadłem w ławce, nie wiedziałem co mam zrobić z nagami, ponieważ tak ekstremalnie były zmęczone! Nigdy wcześniej nie czułem się tak zmęczony zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Wtedy też, podziękowałem raz jeszcze za to, że nie wybrałem jednak drogi górskiej oraz, że moja pycha i poczucie „Ja nie dam rady” dostało mocną nauczkę!

To niesamowite jak wiele możemy w sobie pokonać w jedną noc! To niebywałe jakie człowiekowi przychodzą myśli i wspomnienia gdy ten, naprawdę zagłębi się w swoje serce. To niewyobrażalne ile wycierpiał Jezus, aby nas zbawić!

Cały ten wpis wyszedł strasznie długi, a Ja mam poczucie, że opowiedziałem wam jakąś małą cząstkę tego, co przeżyłem przez tą jedną noc mojego życia. W przyszłym roku, jeżeli tylko całkowicie nowa sytuacja rodzinna pozwoli, również wybiorę się na EDK i kto wie, może spotkam na tej drodze również Ciebie?

Moja Ekstremalna Droga Krzyżowa
Share this