/ Bóg

Trudne chwile - to mało powiedziane!

Ostatni tydzień był dla mnie pasmem wielu krytycznych momentów. Przysłowie, że nieszczęścia chodzą parami, w tym przypadku powinno brzmieć: nieszczęścia chodzą tuzinami. Te wszystkie sytuacje same w sobie, osobno są trudne i wielokrotnie tragiczne, a niektóre dla nas kosztowne, ale gdyby miały miejsce w ciągu całego roku byłyby do zniesienia. Jednak ich kumulacja w przeciągu ostatnich 7 dni dosłownie mnie powaliła. Dwa dni prosiłam Boga o to aby „odciął ode mnie to przekleństwo”. Wołałam z Mężem, prosiłam innych o modlitwę.
Znasz ten stan, gdy nie chce Ci się już nic? Gdy jesteś u kresu wytrzymałości?
Gdy byłam tak totalnie załamana wkroczyła do akcji moja Przyjaciółka – Marlenka. Oczywiście o wielu sytuacjach wiedziała (jest pierwszą osobą po Przemku, której mówię wszystko) i jak nigdy nic zaproponowała abyśmy pojechali w niedziele na spotkanie uwielbienia. Uznałam, że to bomba pomysł, tym bardziej, że chciałam to zaproponować też mojej ukochanej Teściowej, do której mieliśmy wraz z moim Mężem zaproszenie na niedzielny obiad. W niedzielę rano dowiedziałam się o kilku smutnych kwestiach, w tym o śmierci Dziadka naszej „córci duchowej”.  Do tego zaczęłam słabnąć fizycznie, a jakby tego było mało na niedzielnym obiedzie u Mamy Przemka dowiedzieliśmy się, że musi Ona iść na operację. Ale to nie wszystko – Teściu był „po piwie”, co zabolało, tak jak fakt, że nie wspiera Mamy nawet w takiej sytuacji i nie widać efektów naszych modlitw (modlimy się o Jego nawrócenie i m.in. w Jego intencji podpisaliśmy Krucjatę Wyzwolenia Człowieka).
Jadąc na uwielbienie wyłam. Nie płakałam – wyłam.
Gdy dojechaliśmy na miejsce wcale nie miałam ochoty iść do ludzi. Chciałam zaszyć się w łóżku pod kołdrą.

Uwielbienie było w ogrodzie: letnie popołudnie, lekki wiatr, delikatne słońce, bawiące się dzieci, trochę znanych twarzy. Moja Przyjaciółka miała poprowadzić spotkanie. Ja jednak unikałam kontaktu z ludźmi, aby znów nie popłynąć z fontanną łez.
Gdy zaczęło się uwielbienie zamknęłam oczy: chciałam być tylko ja i Bóg. Modliłam się w sercu, choć jednocześnie trochę oskarżałam Boga, że pozwala na to wszystko, mówiłam jak bardzo nic nie rozumiem, jak się nie zgadzam… od czasu do czasu czułam jak po policzku spływają mi łzy. Ciężko było mi się modlić.
Jednak po wezwaniu Marlenki (wierzę, że był to Duch Święty) „możesz być widzem i obserwować, albo zawalczyć. Decyzja należy do Ciebie”, otworzyłam oczy i zobaczyłam jak ludzie wokół mnie oddają chwałę Bogu. Ktoś siedział, ktoś stał, ktoś tańczył.  Staliśmy tam i walczyliśmy całą Wspólnotą – Żywy Kościół!
Powiedziałam Bogu wtedy, że wiem, iż  mi też dał serce Wojownika. Zaczęłam modlić się za Kościół, za mieszkańców bloków, które były nieopodal, za te wszystkie trudne sytuacje prosząc bym je rozumiała, ale jednocześnie, aby chwała Boga ukazała się w tym wszystkim. Mówiłam, że ufam w Jego wszechmoc i w to, że wszystko widzi i wie. Już wie co jest na końcu drogi, jeśli razem z Nim pójdę. Popłynęłam, nie pamiętam więcej, ale modliłam się całym sercem. Czułam, że mam serce, a nie tysiące kawałków, gdzieś w okolicy klatki piersiowej.
Nabrałam właściwej perspektywy! Bożej! Dalej nie rozumiałam, uwielbiałam Boga, a nie moje problemy. Wtedy zrozumiałam, że tylko trudne sytuacje są w stanie mnie ukształtować. Co to znaczy? To takie zapomniane słówko: samowychowanie, czyli decyzja każdego z nas czy pluć jadem i poddać się w trudnej sytuacji czy pomimo trudności dać szlifować swój charakter, kształtować życie duchowe i pozwolić, aby wykształciły się cnoty takie jak: empatia, honor, wytrwałość, cierpliwość, miłość zdolna do poświęceń, asertywność.
Gdzie mam się tego nauczyć? W telewizji czy przeczytać w książkach?
Tylko w praktyce, czyli w codzienności!
Olśniło mnie – i może to trywialnie brzmi, ale mam to w nosie – bo wszystko jest po coś! Wyciągnęłam wnioski z tej lekcji. Tak jak moja Przyjaciółka, która jest Mamą niezwykłego Patryka, który jest niepełnosprawny (módlmy się o Jego uzdrowienie!) i trzech ślicznych Dziewczynek. Marlena i Jej Mąż mogliby się załamać, zdecydowanie ciężko jest zrozumieć dlaczego ich najstarszy Syn jest chory, oni jednak jeszcze bardziej pracują nad swoim małżeństwem. Ich święte rodzicielstwo nie było święte od samego początku – wszystkiego się uczyli w trudzie i bólu, niezrozumieniu i z rozdartym sercem. Jednak dziś rozwijają się jako ludzie – całościowo. Wszędzie: w domu, w firmach jakie prowadzą, we wspólnocie.
Aby być bohaterem trzeba walczyć, a nie uciekać i oskarżać wszystko i wszystkich, że są be.
Ja nie chcę już więcej uciekać, oceniać i oskarżać. Tak mi dopomóż Bóg!

Trudne chwile - to mało powiedziane!
Share this